Conan Barbarzyńca. Kraina lotosu – recenzja komiksu

Conan powraca, tym razem w wersji na „miękko” i jest zdecydowanie lepiej niż w opisywanym niedawno przeze mnie tomie Pieś o Belit

Conan Barbarzyńca. Kraina lotosu 

Scenariusz: Jim Zub
Rysunki:
Cory T. Smith
Tłumaczenie:Bartosz Czartoryski
Wydawca: Egmont

Wyprawa w nieznane

Conan Barbarzyńca. Kraina lotosu to bezpośrednia kontynuacja Tygla, poprzedniego tomu. Conan postanawia spełnić złożoną w nim obietnicę i odnieść skradziony pradawny miecz to legendarnego Khitaju. Kieł Nocnej Gwiazdy, takie imię nosi ów oręż, ma jednak mroczną tajemnicę. Okazuje się, że ciąży na nim klątwa, a miecz próbuje objąć w posiadanie umysł noszącego go wojownika. Przyznać jednak trzeba, że szybkie opanowanie języka Khitajczyków, którym magiczna klinga obdarzyła barbarzyńcę okazał się być bardzo przydatny.

Wiele się dzieje

Fabuła w tym tomie wypada całkiem dobrze. Dzieje się wiele, akcja nie daje wytchnienia czytelnikom, a nowy, nieznany z wcześniejszych przygód Cymeryjczyka rejon świata budzi ciekawość czytelnika i okazuje się mieć sporo tajemnic. Przyznam się szczerze, że lektura tej części dała mi zdecydowanie wiejącej przyjemności niż nudnawa Pieśń o Belit.

Nieco odmiennie i trochę jak zwykle

Za sprawą przeniesienia Conana w nowe otoczenie i dzięki pojawieniu się nowej postaci kobiecej, dostajemy całkiem interesujący komiks. Khitaj też okazuje się skrywać wiele tajemnic. Mam wrażenie, że mamy tutaj udany mix Japonii z Chinami. Z jednego zaczerpnięto Zakazane Miasto jako siedzibę cesarza, jego boskość mamy obecną w obu tych krajach, a broń i rytuały z nią związane ewidentnie mają korzenie japońskie. To wszystko nadaje temu albumowi pewnej świeżości. Owszem schemat Conan dobry – magia zła jest zachowany, ale zamiast stygijskich czarowników i ukrytych w lasach krwiożerczych monstrów mamy sporo nowości.

Trzy krótkie

Docenić trzeba też trzy krótkie historie, które znajdziemy na końcu. Każda z nich jest zupełnie inna, opowiada o innym okresie życia Conana i właściwie każda jest udaną perełką. Świetnie było zobaczyć młodego Conana, starego Conana i Conana na kacu w skondensowanej formie. Zwłaszcza przy tej pijackiej opowieści ubawiłem się setnie, choć nie padło w niej ani jedno słowo.

Rysunki

Jeśli chodzi natomiast o warstwę graficzną, to mamy klasyczny amerykański rysunek z zeszytówek. Bez fajerwerków, ale i bez jakiś specjalnych spadków jakości.

Na pewno sięgnę po kolejną część, nie mam wątpliwości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.